środa, 7 kwietnia 2010

Wujek dobra rada.


Ostatni dzień trekkingu. Po wczorajszej imprezce na kwaterze, gdzie ni e tylko raczyliśmy się 3 piwami Everest ze specjalnej edycji poświęconej Sherpowi, który wszedł 10 razy na Everest na 4 osoby (w dodatku ze sprite’m), a także narodową potrawą jaką jest Dahl Bath, ciężko było rano wstać. Oj ciężko. Ale daliśmy radę być już na trasie przed ósmą. Właściwie było nudno, no bo jakie inne widoki niż to co już wcześniej widzieliśmy mogły nas zainteresować. Zauważyliśmy nawet, że nie patrzyliśmy już na zegarek. Chyba tylko 2 razy zapytaliśmy się naszego przewodnika, jak długo jeszcze będziemy szli. 3 godziny to żadna trasa trekkingowa, pomyślałem.
Żeby nie było nudno, zabawiłem się w Wujka Dobra Rada.


Muszę nadmienić, że w stosunku do innych uczestników dzisiejszego trekkingu, byłem w znacznie bardziej uprzywilejowanej sytuacji, ponieważ myśmy schodzili bardzo stromym zejściem, natomiast reszta (to logiczne) wchodziła bardzo stromym wejściem. Tak więc, jak tylko ktoś się nawinął, kto był mocno zdyszany, zasapany, oblany potem, z lekko wybałuszonymi oczami – to jam mu zaraz dawałem dobrą radę. A to, że trzeba iść powoli i równomiernie, tak jak żółw. Inna osoba usłyszała o tym, że lepiej wchodzi się z jednym kijkiem, aniżeli z dwoma. Ktoś inny dowiedział się, że T-shirty nie są odpowiednim strojem i najlepiej mieć specjalne koszulki sportowe. Pani, która wchodziła w klapkach nie usłyszała ode mnie niczego, bo mnie lekko osłabiła. Jakby tak każdy zapłacił mi po 50 rupii nepalskich to starczyłoby na niezły obiad dla 4 osób, przynajmniej.
Jakimi radami, dotyczącymi oczywiście trekkingu w Nepalu, mógłbym się podzielić. Tak już na poważnie.
1. Jeśli ktoś wcześniej nie był w Nepalu, to dla swojego bezpieczeństwa zawsze powinien skorzystać LOKALNEGO biura podróży. Ni e tylko, że załatwią wszystkie potrzebne pozwolenia, ale także zapewnią przewodnika i tragarza. Nie wyobrażam sobie wspinania się wnosząc 20 kilogramowy plecak, nie znając zasad panujących na trasie, a także nie widząc szlaków – bo nie są oznakowane tak jak w Europie.

2. Można poprosić, aby biuro podróży dokładnie opisało trasę trekkingu, wskazując jej trudność. Nie ma niczego gorszego niż być zaskoczonym na trasie, że jest aż tak trudno. Lepiej się mile rozczarować, niż zdenerwować, a co za tym idzie wpaść w panikę – czy dam radę na kolejnym etapie.
3. Należy przygotować się na bardzo (bardzo) spartańskie warunki. Jeśli ktoś wcześniej nie był choćby przez 2-3 dni na wsi „u babci”, to może niech w ramach treningu właśnie pojedzie na głęboką wieś, najlepiej gdyby tak jeszcze nie było światła, przez kilka godzin. Róźnica polegałaby na tym, że tutaj wokół trasy są setki kwater, restauracji, barów, gdzie zawsze można coś zjeść i się czegoś napić!

4. Należy oszacować dodatkowe koszty. Biura podróży z jakiegoś powodu zapominają powiedzieć, że w czasie trekkingu trzeba mieć lokalną walutę min. na wodę i inne napoje. Myśmy oszacowali, że ok. 13 USD na osobę powinno wystarczyć. Zabrałbym jednak więcej bo nie wiadomo jaka niespodzianka może nas w trasie spotkać.
5. Wykupowane ubezpieczenie, powinno zawierać tzw. koszty ratownictwa. Trzeba sprawdzić, czy w razie problemów ubezpieczyciel pokryje koszty wysłania do nas helikoptera. Kilka razy widzieliśmy jak helikoptery lądowały aby zabrać chorych turystów. I to z różnych powodów.
6. Absolutnie nie jeść mięsa i ryb. Pod żadnym pozorem nie dać się zwieść temu, że mięso jest gotowane, smażone, pieczone, lub też w inny sposób obrobione termicznie. Na czas pobytu w Nepalu należy zostać wegetarianinem. Zresztą warzywa są tutaj w taki sposób przygotowane, że zaspokoją gusta każdego. Widzieliśmy kilkanaście osób na trasie, które były niesione przez tragarzy, lub wiezione na koniach, albo też ewakuowane helikopterem, tylko dlatego, że zachciało im się zjeść „świeżego” kurczaka. Nie i koniec! Żadnego mięsa i ryb!
7. Należy zabrać ze sobą odpowiednią odzież. I tutaj dobrze jest się poradzić innych trekkingowców, np. korzystając z WWW.travelbit.pl . Nie trzeba brać dużej ich ilości, bo jeśli ma się szybkoschnące koszulki sportowe, a także specjalistyczne skarpety. Kapelusz jest ważny, żeby się ochronić od słońca (usta, głowa, uszy, noc muszą być zawsze zabezpieczone). Także trzeba zabrać ze sobą śpiwór, albo przynajmniej śpiwór z polara. Pościel nie jest tutaj w najlepszym stanie, wiec dobrze jest przykryć się czymś „swoim”. A nasza rada jest taka, żeby większość rzeczy na trekking kupić po prostu w Kathmandu albo Pokhara. Tutaj jest wszystko w takim wyborze i w takiej ilości, a także w takiej cenie, że można przeznaczyć na to kilka godzin z podróży i załatwić na miejscu. Ok. może część to są tzw. podróbki, ale możecie nam uwierzyć, że nie do rozpoznania. Cena to 1/3 lub ¼ tego co w Polsce.

8. Dużą część bagażu stanowiły lekarstwa. Tutaj zdałbym się na wizytę u lekarza pierwszego kontaktu, albo takiego o którym wiecie, że sam podróżuje do Azji. Nie oszczędzałbym na żadnym lekarstwie, i nie zakładałbym, że w kraju to mnie nigdy nic nie boli, a żołądek to mam odporny na wszystko. Należy przyjąć opcję, że można być chorym na wszystko. Od choroby wysokościowej, poprzez nagły skok ciśnienia, przez bóle żołądka, nudności, biegunkę, zapalenie stawów, opryszczkę, przeziębienie, skręcenie nóg, bóle w kolanach, kręgosłupie, czy nawet zapalenie spojówek od bardzo intensywnego słońca.
9. Plecak dla 2 osób nie powinien ważyć więcej niż 15 kg dla jednego tragarza. Chociaż widzieliśmy tragarzy niosących po 4 plecaki. Ale to już lekkie ekstremum.
10. W czasie całej trasy cieszyć się widokami! Nie ma innego kraju na świecie, gdzie znajduje Si e 8 z 10 najwyższych gór świata. Odpowiadać na każde Namaste usłyszane na trasie, a najlepiej samemu wołać Namaste do każdego napotkanego człowieka.

Dotarliśmy do Pokhara. Zakończyliśmy trekking. Chyba czujemy niedosyt, tym bardziej, że popatrzyliśmy na mapę dokładniej i zdaliśmy sobie sprawę, że Nepal oferuje znacznie więcej niż myśleliśmy. Po rozmowie z Ashishem stwierdziliśmy także, że przewodnik Lonely Planet pt. Nepal głównie skupiony jest na tych miejscach gdzie byliśmy, a w tym kraju jest dziesiątki tras od 3 dniowych do kilkudziesięciodniowych prawie we wszystkich rejonach.
Zakwaterowaliśmy się w hotelu oddalonym od centrum miasta ok. 20 minut jazdy busem. Daleko, ale chcieliśmy trochę naładować akumulatory po wyczerpującej trasie. Hotel jest nieco dziwny. Nie, nic z nim nie jest, ale na te ilość gwiazdek, która ma przed swoim wejściem, to chyba powinno być maksymalnie luksusowo. Z drugiej strony jesteśmy w Nepalu, więc nie zdziwiła mnie informacja pani w recepcji, że w hotelu ciepła woda i światło będą tylko w godzinach 06:00 – 10:00 i 18:00 – 22:00. Hmm, nawet w małych hotelach w Kathmandu, czy tutaj w Pokharze są zainstalowane generatory. Damy radę, pomyślałem, i szybko zarządziłem wyjazd do „centrum miasta” w celu uaktualnienia naszych wpisów na blog-u, a także masażu.
Już od kilku dni marzyło nam się, aby nasze obolałem ciała (Magda) i nogi (ja) otoczyła właściwą opieką znana nam rodzina masażystów. Tym razem było nieco inaczej. Ja poddałem się masażowi pana, który ma ręce jak tokarz (precyzyjne). Magda natomiast poddała się masażowi pani, która ma ręce jak pianistka (delikatne). Oboje liczyliśmy jednak na pana, co ma ręce jak murarz (konkretne). Ostatnio tak dobrze się spisał, że chcieliśmy aby nasze obolałe kończyny zostały potraktowane właściwie. Niestety byliśmy lekko rozczarowani, ponieważ pan murarz był zajęty. Nie byle kim, a Japonką, która na jego widok lekko zbaraniała. Tutaj, podobnie jak w innych krajach, zasada jest taka, że kobiety masowane są przez kobiety. Tak więc na widok murarza pani lekko się przestraszała, tym bardziej, że pan zaczął zdejmować spodnie, pozostawiając w bieliźnie. To wszystko wydarzyło się na moich oczach. Musiałem pani tłumaczyć, żeby nie marudziła, że się murarz rozebrał prawie cały, tylko go brała, bo facet wie co robi. A murarz się rozebrał, bo w małym pomieszczeniu, gdzie zamierzał panią masować, było strasznie gorąco. A klimatyzacja nie działała, bo prądu nie ma. Nie wiemy, jak skończyła się cała historia, ale żona zapytała mnie czy jutro idziemy znów na masaż. Zobaczymy, odpowiedziałem.

Pytanie 12

Jakie inne, oprócz tzw. Gorepanni, trasy trekkingowi przemierzają turyści w Nepalu? Wymień przynajmniej 1.

Odpowiedzi prosimy przesyłać na adres korzewscy@gmail.com wraz z dokładnym adresem do korespondencji. Wśród osób, które poprawne odpowiedzą na to pytanie będziemy losować zwycięzcę, który otrzyma od nas kartkę niespodziankę, z miejsca w którym akurat będziemy. Zachęcamy do zabawy!

wtorek, 6 kwietnia 2010

Spalone słońcem, Pothana (1950 mnpm).


Dzisiaj jest Poniedziałek Wielkanocny. Tradycji stało się zadość i na trasie zostałem oblany wodą przez Magdę przy chytrym współudziale naszego przewodnika Ashisha. Nie powiem, że nigdy im nie zapomnę, bo przy takim gorącu jak dzisiaj było na trasie każda kropla wody była orzeźwieniem. Dzień zaczęliśmy jak zwykle od porannego podziwiania Annapurny. W Ghandruk poranny widok był nie do przebicia. Co ciekawe każdego dnia widzimy masyw Annapurny z innego miejsca i nie możemy się nadziwić, że jest za każdym razem inny, piękniejszy.

Dzisiaj był 5 dzień naszego trekkingu. Mógłbym z czystym sumieniem napisać, że chyba najłatwiejszy, a to dlatego, że już się przyzwyczailiśmy do marszu. 10 godzin, które zajęło nam pokonanie trasy do Pothana (1950 mnpm), były jak „bułka z masłem”. W sumie to niewiarygodne, jak w krótkim czasie można nabrać lepszej kondycji. Mam nadzieje, że takie stwierdzenie nie zostanie wykorzystane przeciwko mnie. Przeszliśmy dzisiaj przez Landruk (1565 mnpm), gdzie otrzymałem darmowy masaż stóp wykonany przy pomocy szczoteczki do zębów. Swoim śmiechem wzbudziłem niezłe zamieszanie we wsi. Później Tolka (1700 mnpm) gdzie jedliśmy lunch i ratowaliśmy koleżankę z Belgii, która popełniła klasyczny błąd i zjadła coś mięsnego. Ostatecznie doszliśmy do Bhichok Deurali (2100 mnpm), po nim czekało nas tylko zejście. Łatwe. Jak się okazało, takie wspinanie się i schodzenie nie stanowi już dla nas problemu. Nawet pijąc „ostatnią” herbatę na trasie zażartowaliśmy, że za kilka lat wpadniemy jeszcze raz do Nepalu i wejdziemy na Annapurna Base Camp, czyli na przedsionek Annapurny, na wysokości 4200mnpm.
Dzisiejszy dzień stał pod znakiem spotykania „starych” znajomych na trasie. To bardzo miłe, że kilka razy w ciągu tych 5 dni marszu mieliśmy okazję porozmawiać i pośmiać się z osobami, które brały udział w podobnych, ale nie takich samych trekkingach. Dziesiątki małych restauracji, barów, które są po drodze służy nie tylko temu, żeby zatrzymać się, zjeść lub napić się coca-coli, ale także żeby kontynuować dawno zapomnianą sztukę konwersacji. Już kilka dni temu w Tadapani spotkaliśmy 2 Australijki (Amanda i Prudencja), z którymi spędziliśmy miły wieczór. Dzisiaj kontynuowaliśmy to w czasie lunchu i dodatkowo na kolacji. Przyjaźń polsko-australijska została umocniona. Tematów mieliśmy bez liku. Od tematów dot. pop kultury, czyli piosenek Jasona Donavan’a i Kyle Minogue, seriali Powrót do Edenu i Sąsiedzi, czy filmu Australia (dziewczyny były rozkochane w scenie w której główny bohater brał prysznic ), do programów reality show np. kKamienica, czy też Suchy Ogrodnik. Jak widać globalizacja postępuje tematów było mnóstwo. Dziewczyny są logopedami pracującymi w Melbourne, więc jak będę miał problemy z wymową niektórych głosek, to wiem do kogo na Skype mogę zadzwonić. Wieczorem, już na miejscu w Pothana, nieco zdominowaliśmy kolację dyskusjami o podróżach i Ketucie z Bali. Było wesoło. Zresztą wszystkich, których tutaj spotkaliśmy na trasie będziemy wspominać bardzo miło. Nawet grupę Chińczyków, którzy zrobili awanturę w hotelu, bo okazało się, że w pokoju mają 3 zamiast 1 łóżka, a są przecież małżeństwem!
W ogóle to nie rozpisywaliśmy się jak wygląda takie zakwaterowanie w górach. Może zacznę od tego, że w wielu miejscach nie ma oświetlenia, ani w ogóle prądu. Tę relację piszę w pokoju o wymiarach 3x2 metry, przy świeczce, z małą lampką na głowie. Warunki sanitarne są delikatnie rzecz ujmując spartańskie.

Nikt tutaj nie oczekuje luksusów, tak więc prysznic pamięta czasy sprzed 15 lat, a toaleta to najczęściej tzw. wychodek. Akurat dzisiaj nasz pokój ma tylko drewniane „szyby”, tak więc jesteśmy odcięci od świata. W całej wsi i tak nie ma elektryczności. Jest ciemno. Bardzo ciemno. Łóżka to tzw. prycze, a materac to siennik. Kołdry wypełnione są sianem. Pełna ekologia. Ekologia związana jest z tym także, ze chyba „pościel” nigdy nie była prana. Piszę o tym, nie po to by się poskarżyć, ale bardziej po to, żeby uprzedzić osoby, które wybierają się na trekking, że nie można się tutaj niczemu dziwić. Zresztą, jeśli nie ma prądu, wszystko trzeba wnieść na własnych plecach, jest skromnie i biednie, to nie można oczekiwać luksusów. Widoki, które są wokół nas i atmosfera na trasie w 100% rekompensują drobne niedogodności. Próbowaliśmy to wytłumaczyć tzw. Nowym Ruskim, którzy byli na naszej kwaterze, i zajmowali 2 pokoje obok, ale chyba się nie udało. Trudno było zresztą z nimi nawiązać kontakt, bo wszyscy wystąpili w nowych dżinsach marki Levi’s, i chodzili po wsi z aparatami fotograficznymi zawieszonymi na szyi.


Wieczorem, zanim podano nam kolację byliśmy na piwie z naszym przewodnikiem i porterem. Trzeba przecież uczcić to, że prawie jesteśmy na miejscu. Wspólne piwo Everest zostało wypite na cześć przyjaźni polsko-nepalskiej. Mieliśmy wreszcie okazję dowiedzieć się nieco więcej na temat naszego milczącego portera (bagażowego), który mieszka 5 godzin jazdy autobusem od Pokhara, ma 3 dzieci i 34 lata. Ale jakbyśmy się dokładnie przyjrzeli, to wygląda na znacznie więcej. Pewnie to do tego słońca.
A propos słońca. Nigdy nie przypuszczałem, że będę miał spalone usta od słońca. Nie powiem, że wyglądam teraz jak rasowy himalaista, ale pewnie chodząc jutro po Pokhara lub za kilka dni po Kathmandu będę lekko odróżniać się od tłumu. Przynajmniej widać, że byłem w górach. No może nie tak wysoko jak inni, ale zawsze!

Pytanie 11

Z jakiego języka pochodzi słowo trekking?

Odpowiedzi prosimy przesyłać na adres korzewscy@gmail.com wraz z dokładnym adresem do korespondencji. Wśród osób, które poprawne odpowiedzą na to pytanie będziemy losować zwycięzcę, który otrzyma od nas kartkę niespodziankę, z miejsca w którym akurat będziemy. Zachęcamy do zabawy!

Śniadanie Wielkanocne Tadapani (2630 mnpm).



Widok, który zobaczyliśmy o 05:45, zaraz po przebudzeniu zrekompensował cały wysiłek, który włożyliśmy w poprzednie 3 dni trekkingu. Nie chodzi mi bynajmniej o to, że nie było kolejki do niczego (), ale przed nami ukazała się Annapurna Południowa, i okalające nią inne szczyty z całego masywu. To było niesamowite. Bez żadnego wysiłku, pijąc gorącą herbatę miętową we dwójkę, jako pierwsi byliśmy świadkami wschodu słońca. Nasi brytyjsko-australijscy przyjaciele jeszcze spali, a nawet ci, którzy już się krzątali (kolejka), ni e zauważyli co tracą. Słońce oświetlało Fish Tail w taki sposób, że tylko niektóre jego promienie odbijały się na północnym stoku Annapurny.

W tym czasie Ashish działał! Jak zwykle on, nie tylko donosił kolejne herbaty, ale zaserwował nam Wielkanocne Śniadanie. Takie jak nam się wymarzyło. Chlebek gurung dla każdego i bez ograniczenia miód. Do tego herbata z mlekiem, powszechnie zwana bawarką. Nie było niestety elementu jajecznego, ale cóż, nie można mieć wszystkiego. Dzisiaj dostaliśmy przyzwolenie, na tak długie śniadanie jakie chcieliśmy. Raczyliśmy się naszymi delikatesami długo. 20 minut!
Jak już byliśmy gotowi do wyjścia, kiedy wymieniliśmy się już ostatnimi wskazówkami z towarzyszami naszej wczorajszej kolacji, nagle ni stąd ni z owąd, nad naszą kwaterą zaczął krążyć helikopter. Nawet sobie zażartowaliśmy, że pewnie ktoś bogaty przeleciał się wokół Tadapani. Helikopter zaczął jednak niebezpiecznie zbliżać się do nas, zauważyliśmy, że ktoś z obsługo hotelu daje znaki, aby wszyscy zeszli z pola namiotowego, które należało do kwatery. W ciągu 2 minut helikopter został posadzony na tymczasowym lądowisku. W tumanach kurzu i liści zauważyliśmy, że jeden z sherpów na plecach przyniósł młodą turystkę, której jeszcze na lądowisku udzielano pomocy. Okazało się, że dziewczyna od wczoraj miała poważne problemy z żołądkiem, we wsi nie było niestety sygnału gsm, jeden z sherpów musiał przejść do Ghandrup (ok. 3 godziny marszu), aby zadzwonić po pomoc. Niestety wczoraj było już za późno, żeby wysłać helikopter.

Z jednej strony musimy przyznać, że podziwialiśmy pilota za tak sprawne lądowanie, ale także trochę się wszyscy przestraszyliśmy, że pomoc mogła być dopiero udzielona po 12 godzinach. Dzisiaj przechodząc przez każdą z wsi zwracaliśmy uwagę, gdzie tutaj jest lądowisko (wszędzie było) i czy działają telefony komórkowe. Działają.

Nie będę opisywać dzisiejszej trasy, bo to tylko 3 godziny marszu. Bułka z masłem, powinienem napisać.

Gdyby nie to, że wszyscy wymusiliśmy na sobie dodatkowe postoje, na coca-cole, to chyba nawet nie zauważylibyśmy całego dystansu. Chcieliśmy nawet pójść dalej, ale stwierdziliśmy, że jest dzisiaj Niedziela Wielkanocna, i trzeba świętować. Nie jestem pewien, czy Ashish zrozumiał o co chodzi w kwestii Świąt Wielkanocnych, ale próbowałem wytłumaczyć jak tylko umiałem.

Doszliśmy do Ghandrup (1630mnpm) i tutaj miłe zaskoczenie. Takiej wsi w Nepalu jeszcze nie widzieliśmy. Wszystkie budynku murowane, albo z kamienia. Wroga wewnątrz wsi wyłożona kamieniami. Boisko sportowe, szkoła, dużo ładnych kwater. Widać, że jest to część planu zagospodarowania okolic Annapurny, i że wydano już sporo pieniędzy na to, żeby ludziom i turystom było tutaj wygodnie. Kwatera pierwsza klasa! Nie tylko, że z łazienką, ale także czysta. Pokoje obszerne. Tylko lunch mi nieco zaszkodził, bo zachciało mi się smażonych ziemniaków z jajkiem sadzonym. No i na efekty nie trzeba było długo czekać. Plan był, żeby jeszcze pochodzić po wsi, a tym czasem, zostałem uziemiony.
Magda poszła sprawdzić, gdzie może lądować helikopter w asyście Ashisha. Okazało się to piękną łąką na skraju urwiska, z którego rozpościerał się widok na naszą jutrzejszą męczarnię. Chyba kilkaset metrów dół, most , znowu do góry i wzdłuż stoku dobrych kilka godzin marszu. W oddali widać było wioskę gdzie zaplanowali lunch. Miejsca naszego ostatniego noclegu na treku nie było nawet widać. Jak zaczęli moi to opowiadać, to już mnie rozbolał brzuch. Na zapas.


Ghorepani to całkiem duża wioska. Ashish poprowadził Magdę wąskimi uliczkami, minęli kolejne boisko, tym razem do kosza! Hm, wielu chłopców tam nie było.

Nie jest to przecież sport narodowy Nepalczyków, którzy osiągają maksimum 160 cm wzrostu. Ale mają większe szanse w innych sportach. Po przejściu kilkuset metrów dotarli do placu, z którego młodzi chłopcy zrobili boisko do nogi (3 boisko we wsi!). I tutaj była długa historia Magdy o pokrzywach, ale ja jej nie zrozumiałem.
W Ghorepani mieszkają Gurungowie. Magda, zaliczyła muzeum etnograficzne, więc ma nieco większą wiedzę w tym temacie, którą postanowiła podzielić się w odpowiednim momencie.

Ps.
Wersja Magdy może różnić się nieco od mojej, ponieważ w czasie lądowania helikoptera znajdowała się w kucanej toalecie, przyjmując właśnie pozycję mellassana (dla niewtajemniczonych w jogę, nie jest to wcale łatwa pozycja). Ja zamiast uprzedzić żonę, że w odległości 3 metrów od niej wyląduje maszyna, postanowiłem zabawić się w dokumentalistę. Mam wszystko sfilmowane. Tymczasem w pomieszczeniu wymiarach 95 cm x 110 cm, z sekundy na sekundę narastał coraz większy hałas, ale nie chaos. Gdy szyba w oknie zaczęła mocno drżeć, kurz wpadał przez wszystkie otwory Magda stanowiła zbadać sytuacje wykonując półskręt (nieznana assana). Przed jej oczami (na krótko) pojawił się widok Annapurny Południowej, a po 1/10 sekundy załoga czerwonego helikoptera. Nic to. Zachowała spokój i czystość umysłu typową dla joginki. Zmieniła assanę na dandassana. Po wyjściu z toalety, ze zdziwieniem przyjęła moją działalność reporterską.



Pytanie 10
Jaka wygląda dandaassana?

Odpowiedzi prosimy przesyłać na adres korzewscy@gmail.com wraz z dokładnym adresem do korespondencji. Wśród osób, które poprawne odpowiedzą na to pytanie będziemy losować zwycięzcę, który otrzyma od nas kartkę niespodziankę, z miejsca w którym akurat będziemy. Zachęcamy do zabawy!

Świat jest mały Deurali (3210 mnpm).


Dzisiaj jest Wielka Sobota.
Mimo tego, że mogliśmy teoretycznie spać 10 godzin, bo pobudkę zaplanowaliśmy na 6 rano nie wiem, czy udało nam się zasnąć na 5 godzin. Nie tylko było koszmarnie zimno, ale także czułem zmianę wysokości. Na szczęście „podręczna” apteczka to kilkadziesiąt pudełek z lekarstwami, dzięki czemu czujemy, że jesteśmy przygotowani prawie na każdą okoliczność. Rano nie mieliśmy siły się spieszyć. Ashish chyba niepotrzebnie trochę nas postraszył kolejnym dniem, i to tez wpłynęło na naszą poranną motywację.


Większość turystów, która przyjeżdża do Gorephanni wstaje ok. 4 rana, żeby wejść na Poon Hill (3210 mnpm), aby rozkoszować się widokiem masywu Annapurny i Dhaulagiri (siódmej co do wysokości góry na świecie). Nam jednak Ashish zasugerował, żebyśmy jednak nie wchodzili na Poon Hill, bo o tej porze roku wiatry powodują, że rano tak naprawdę niczego nie widać. My oczywiście z przyjemnością przyjęliśmy tę propozycję, wierzymy naszemu przewodnikowi.
Ze sporymi obawami rozpoczęliśmy marsz. Znów było ostro, ale na szczęście nie szliśmy po kamiennych schodach. Widoki już od samego rana były powalające. Nie tylko widać było przełęcze, ale także setki ponad 200 letnich, kwitnących rododendronów, które nazywane są przez Nepalczyków narodowym skarbem. I tak wyglądają.


Zamiast w godzinę, doszliśmy na Deurali w ciągu 45 minut! To już był nasz pierwszy sukces. Nagrodą dla nas były widoki, którymi zostaliśmy uraczeni. Zdjęcia chyba pokazują, że mieliśmy ogromne szczęście. Mimo początkowej mgły i licznych chmur, w momencie podchodzenia pod sam szczyt, tak jakby niebo specjalnie dla nas odsłoniło największy skarb Nepalu. Masyw Annapurny i Dhaulagiri. Wszystko było widać ja na dłoni, szczyty Annapurny Południowej, Annapurny 1, Dhaulagiri, Tukche, Nilgiri, Hiu Chuli, Machhapuchhre (Fish Tail/Ogon Ryby). Nie potrafię opisać wzruszenia jakie nam towarzyszyło. A jednocześnie satysfakcji, że podjęliśmy, jak dla nas, wyzwanie związane z trekkingiem. Jak się okazało większość turystów, którym mijaliśmy po drodze była mocno wykończona po ranną wspinaczką na Poon Hill i zejście do Gorephani, a później ponownym wejściem na taki sam szczyt, czyli Duerali. My wyglądaliśmy na wypoczętych.



Świat jest mały, to wiemy, ale jak znajdujemy na to dowody, to czasami sami nie możemy w to uwierzyć. Na samym szczycie Duerali Magda spotkała swojego kolegę z „dawnej pracy”. Jarek porzucił pracę w korporacji dla własnego biznesu. Organizuje między innymi wyprawy trekkingowe. W Wielką Sobotę, był właśnie z grupą 8 świadomych turystów z całej Polski w pracy. Nie tak jak my na urlopie. Jarek jest z gór dlatego takie wyprawy dla niego to pestka.
Doszliśmy do Ban Thanti, gdzie spotkaliśmy kolejne 2 grupy Polaków. Okazało się, że przystanek na herbatę miętową, którą tutaj się raczymy, był małym zgrupowaniem wszystkich rodaków znajdujących się właśnie w tej okolicy. Mieliśmy nawet wrażenie, że na niektórych postojach byli tylko i wyłącznie Niemcy i Polacy. Kolejny etap to mocne zejście w dół.

Nie będę dywagował zbyt długo na temat tego, czy łatwiej jest wchodzić, czy schodzić, ale chyba jest tak, że w górę pracuje więcej serce, a w dół kolana. I to już zaczęliśmy mocno odczuwać. 2 godziny mocnego schodzenia, mijanie tych samych znajomych osób, krótkie rozmowy, i daje w trasę.
Doszliśmy na lunch. I tutaj miła niespodzianka towarzysko krajobrazowa.

W to samo co my miejsce zawitała grupa chyba 6 sympatycznie wyglądających panów. Pewnie koło pięćdziesiątki. Widać było, że muszą być z jakiegoś kraju arabskiego. Zagadaliśmy i okazało się, że są z Persji, celowo piszę, że nie z Iranu, tylko z Persji, bo minęło kilka minut, zanim ujawnili się, że są z Teheranu. I się zaczęła bardzo sympatyczna i długa konwersacja. Bo nie tylko panowie wiedzieli gdzie jest Polska, Warszawa, że u nas były zmiany, że najsławniejszym himalaistom był Kukuczka, ale także zaczęli opowiadać o Iranie. Ja usłyszeli, że wiemy kto to Reza Pahlavi, i że Kapuściński napisał o nim książkę, to od razu dostaliśmy zaproszenie do Teheranu. Nie wiem, czy skorzystamy, ale mamy dostać namiary na „kolegę”, którym ma własne biuro podróży i wszystko nam zorganizuje. Może jednak skorzystamy z zaproszenia? Dlaczego nie? Tam nas jeszcze nie było, a na www.travelbit.pl wielu podróżników chwali Iran.
Chyba o 17 doszliśmy do Tadapani (2630 npm), naszego kolejnego noclegu. Tutaj zamieszkaliśmy w kwaterze o frapującej nazwie Panorama Point View. Już jak się wspinaliśmy do celu zauważyliśmy, że nocleg będzie zupełnie inny. Ponieważ jest to skrzyżowanie kilku szlaków, stało się bardzo popularne, a co za tym idzie w porównaniu z innymi miejscami było tu znacznie więcej turystów. Cały „hotel” był zarezerwowany przez 2 grupy Brytyjczyków, 2 dziewczyny z Melbourne i nas. Prawie 30 osób. Od razy wiedzieliśmy, że będzie ja za dawnych lat na wczasach pracowniczych. Atmosfera mocno wakacyjna, a jednocześnie poczucie wspólnoty. Dało się już od razu wyczuć w momencie formowania jednej kolejki do prysznica, a drugiej kolejki do toalety. Każdy każdemu pomagał. No może nie w dosłownym tego słowa znaczeniu, ale przynajmniej dostaliśmy dokładną instrukcję obsługi prysznica. Matko Boska, całe szczęście, że się nic nie stało. Padł na nas blady strach. Nie tylko, że butla z gazem miała cienki, przezroczysty o małej średnicy przewód, ale także sam „junkers” wisiał na jakimś dziwnym sznurze, który był przytwierdzony do lekko zardzewiałej rurki. Okazało się, że wśród „nas” było kilku inżynierów, którzy zaproponowali pracę społeczną i zaprojektowanie lepszej instalacji.

Kolacja była zorganizowana jak ostatnia wieczerza. Tylko to chyba przy innych świętach(?). 3o osób zmieściło się, przy jednym długim stole i rozpoczęły się rozmowy. Było dużo śmiechu, i wymiany doświadczeń. Ponieważ my schodziliśmy już z gór, a reszta „ekipy” dopiero wchodziła, byliśmy mocno uprzywilejowani. Nie tylko wyszliśmy na ekspertów od trasy, ale także na niezłych chojraków. O 21 wszyscy już byli padnięci ze zmęczenia. Czas zakończyć dzień. Jeszcze tylko jednak kolejka do toalety, pożyczanie sobie oświetlenia. Zasnęliśmy w ciągu 10 minut. Jutro „podobno” łatwa trasa.

Pytanie 9Jak nazywa się święta góra w Nepalu, na którą zakazane jest wspinanie się?

Odpowiedzi prosimy przesyłać na adres korzewscy@gmail.com wraz z dokładnym adresem do korespondencji. Wśród osób, które poprawne odpowiedzą na to pytanie będziemy losować zwycięzcę, który otrzyma od nas kartkę niespodziankę, z miejsca w którym akurat będziemy. Zachęcamy do zabawy!

Moja Droga Krzyżowa Ghorepani (2853 mnpm).


Dzisiaj jest Wielki Piątek, trochę to dziwne uczucie nie być w tym czasie w Polsce, kiedy wszyscy szykują się do świąt. Oj brakuje mi przygotowań, a szczególnie mojego sernika. Ale obiecałem sobie dzisiaj, że jak wrócimy do domu, to na pewno zrobię babę wielkanocną i sernik – takie przedłużenie świąt.

Piszę tą relacje w hotelu See You w Ghorepani na wysokości 2853 mnpm. Z poprzedniego naszego postoju szliśmy tutaj 9 godzin 46 minuty. Całą trasę nazwałem Drogą Krzyżową, zanim jeszcze rozpoczęliśmy marsz. Wiedziałem, że będzie ciężko, ale nie myślałem, że zajmie to nam aż tak długo czasu. Wyruszyliśmy dość wcześnie. Już o 7 rano byliśmy po śniadaniu, tylko tybetański chleb, który smaży się na głębokim tłuszczu, z miodem i gorzka herbata z naturalną miętą.

Zaczęło się niewinnie. Przez ok. 20 minut dochodziliśmy do właściwej trasy. Weszliśmy do wsi Tihadhunga (ostra skała). Minęliśmy jeszcze kilka wiszących mostów a wokół nich zawieszone linki z powiewającymi tybetańskim mantrami (5 kolorowe chorągiewki oznaczające wodę, ogień, las, ziemie i niebo). Było cicho, spokojnie i przyjemnie. Czekaliśmy za to kiedy wreszcie, kiedy wreszcie zacznie się Droga Krzyżowa.

I się zaczęła. Podobno ponad 3300 kamiennych, nierównych, ostrych, wyboistych, nieprzewidywalnych schodów. Przez kolejne prawie 2,5 godziny nie było szansy się nawet zatrzymać. Szliśmy powoli, w tym samym tempie, noga za nogą. Nie wiem nawet czy wokół nas były jakieś frapujące widoki, bo głownie byliśmy skoncentrowani na tym, żeby maszerować razem jeden za drugim powoli. Jak bym nagrywał film, to wyglądałoby to jakbyśmy szli w zwolnionym tempie. Ashish nawet nie ukrywał przed nami, że był lekko przerażony, tym bardziej, że wiedział co nasz czeka następnego dnia. Kolejny morderczy marsz na inny szczyt 3200mnpm. Noga za nogą, ślad za śladem, krok za krokiem. Właściwie szedłem lekko zamroczony, i tylko koncentrowałem się na tym gdzie nasz przewodnik przed chwilą postawił swoje stopy. Nie jestem teraz w stanie opisać ile razy zastanawiałem się kiedy wreszcie skończą się te schody.

Ale przynajmniej miałem czas zastanowić się nad kilkoma sprawami życiowymi. Nie było trudno oddychać, nawet nie czułem zmęczenia mięśni, najbardziej chyba w tym wszystkim doskwierał upał. Słońce prażyło niemiłosiernie. Pewnie było 35C. Po drodze zatrzymywaliśmy się tylko na kilkadziesiąt sekund, napić się wodę popatrzeć na siebie wzajemnie czy wszystko OK. i prawie w idealnej ciszy maszerowaliśmy.
Doszliśmy do wsi Ulleri na wysokości 2020mnpm, czyli „zaliczyliśmy” dodatkowe 600 m. I tutaj miła niespodzianka, nie tylko, że napiliśmy się chyba najlepszej na świecie coca-coli, ale też spotkaliśmy sympatycznych Polaków.

Już wiem, że przez kolejne dwa dni nasze szlaki będą się przecinać. Kolejne dwie godziny były równie krytyczne. Może już nie było tylu schodów, ale upał dawał się jeszcze bardziej we znaki. Dochodziło południe, a my mieliśmy ok. 1,5 godziny opóźnienia w stosunku do „normalnych” piechurów. Ashish zaczął lekko panikować, ale my stwierdziliśmy, ze wszystko będzie dobrze, bo idziemy równo. I tak tez było.
Doszliśmy do wsi Banthanti (blisko lasu) ok. 2210 mnpm. I tutaj miła niespodzianka! Czas na lunch. W ogóle podoba nam się tutaj cała koncepcja trekkingu, a szczególnie to jak przemyślano właśnie kwestie lunchu. We wszystkich mijanych przez nas restauracyjkach na trasie menu jest takie samo. Nawet karty wyglądają tak samo, wydrukowane przez organizację turystyczna.

Jest też adnotacja, żeby się nie targować. I słusznie. Tutaj wszystko wnosi się plecach, ewentualnie bardziej zamożne rodziny wynajmują do tego osły. Jak widzimy ile wysiłku kosztuje tutaj zorganizowanie całego życia, to nie dziwimy się, że napoje są dwa razy droższe niż w Kathmandu.

Wracając do lunchu. Nie ma tutaj instytucji kelnera. Za obsługę klientów odpowiedzialni są przewodnicy, którzy nie tylko zbierają zamówienia, ale także podają posiłki. Na początku było to lekko krępujące, ale tak jest i należy to zaakceptować. Dzisiaj wybrałem momos (pierożki), a Magda ziemniaki. Jak sobie przypomnę ile razy w ciągu tygodnia słyszę, że za dużo przygotowuję, to teraz chce mi się po prostu śmiać. Wcinamy wszystko i równo, bo nie tylko zużywamy znacznie więcej energii, ale także dania przygotowywane są na miejscu.

Tak więc widać kuchnię na ogniu z drewna, wszystko buzuje, paruje, jest świeżo dla nas przygotowane. Tym samym przerwa na odpoczynek t nie jakieś tam 20 minut ale aż 2 godziny, dzięki czemu można rzeczywiście nabrać siły na popołudniowy marsz.

Wpadliśmy jeszcze do wsi Nangethanti (mały zaułek), gdzie poznaliśmy właścicielkę, która nazwaliśmy „business women”. Herbatę cynamonową zapamiętamy na długo! Po południu Ashisi i my doznaliśmy szoku, pozostałe 5 godziny marszu zrobiliśmy w 4! Nawet sobie żartowaliśmy, że to wszystko przez te pieczone kartofle z warzywami!
Doszliśmy do Gorephanni (2853 mnpm) tuz przed 17, godzinę szybciej niż zakładaliśmy. Byliśmy w szoku. Ostatnie metry nie były najlepsze dla mnie bo poczułem zmianę wysokości. Po za ty, to chyba miałem już lekki kryzys.

Krótki oddech, szybszy marsz, ból głowy. Nie było to przyjemne. Nasza kwatera był prawie pusta. Tylko 2 Irlandki, które wcześniej spotkaliśmy i my. Trochę to wyglądało zatrważająco, tym bardziej że było przerażająco zimno w pokojach. W „restauracji”, gdzie jedliśmy posiłki był ogromny kominek, dzięki czemu było ciepło i przyjemnie, ale w pokojach nie wiem czy było 12 stopni. W dodatku nie było prądu, więc wieczór spędziliśmy przy świecach, próbując ogarnąć to wszystko przez co przeszliśmy. Położyliśmy się przed 20, dokładnie owinięci w nasze śpiwory i po 2 kołdry na każdego.


Pytanie 8
Ile ośmiotysięczników znajduje się na terytorium Nepalu?

Odpowiedzi prosimy przesyłać na adres korzewscy@gmail.com wraz z dokładnym adresem do korespondencji. Wśród osób, które poprawne odpowiedzą na to pytanie będziemy losować zwycięzcę, który otrzyma od nas kartkę niespodziankę, z miejsca w którym akurat będziemy. Zachęcamy do zabawy!

Jeszcze w sile w Hille (1460 mnpm).


Przyszedł lekki kryzys reportera sprawozdawcy. Jak człowiek jest zmęczony po pierwszym dniu trekkingu to rzeczywiście nie ma siły podnieść nawet ręki, nie mówiąc już o nodze.
Jesteśmy po pierwszym dniu 6 godzinnego trekkingu. Naszym przewodnikiem jest Ashish, mamy także pana porter’a ale jakoś na razie nie zapamiętaliśmy jego imienia. Tym bardziej, że ma taką siłę w nogach, że cały dzień wyprzedzał nas około 20 minut, a jak doszliśmy do miejsca odpoczynku, to właśnie wyrywał w przód. Zostaliśmy odebrani o 8 rano, więc teoretycznie nie było tak źle. Problem w tym, że wieczór poprzedni był dość intensywny i obfitował w liczne atrakcje. Nie tylko świetna kolacja w Olive Caffe z darmowym Internetem, dzięki czemu mogliśmy przekazać ostatnie informacje, ale także zjeść wspaniałe śródziemnomorskie jedzenie. Stwierdziliśmy, że zanim wybierzemy się w góry to musimy koniecznie zrobić dwie rzeczy, czyli masaż (to oczywiste) i dokupić jeszcze może coś do ubrania, co nas ewentualnie uchroni przed gorącem. Masaż był świetny, wpadliśmy do „zakładu” prowadzoną przez rodzinę. Trzech braci i dwie siostry. Oboje stwierdziliśmy, że było fantastycznie. Magda nawet zapragnęła powtórki po powrocie, bo panowie masowali pełnymi dłońmi i konkretnie! Koszulki dokupione, jesteśmy gotowi się spakować. Tylko dlaczego wybiła 22:15! Oj, chyba lekko późno. Do północy, po zabiciu kilku karaluchów, i uwięzieniu 6 w łazience – byliśmy spakowani. Pobudka o 6!

Po ponad 1,5 godziny jazdy po lekko strasznej, wyboistej i krętej drodze dotarliśmy do Nayapul (nowy most, ale zbudowany bardzo dawno). Po raz kolejny na drodze spotkaliśmy kilka ciężarówek w rowie, kilka autobusów, nie wiadomo z jakiego powodu stało porzuconych na środku drogi, powodując dodatkowe korki. Jeszcze tylko zarejestrowaliśmy się na tzw. check point, czyli punkcie kontroli turystów. Nadano nam numery 38 i 39 i uzyskaliśmy pierwsze pieczątki. Mamy obietnicę, że po przejściu całego szlaku dostaniemy książeczki na pamiątkę. Jesteśmy na szlaku, Gorrepani Trekking, który jest częścią dużej, ponad 20 dniowej trasy nazwanej Annapurna Circut . Pierwsze 2 godziny marszu były bardzo przyjemne. Nawet byliśmy zaskoczeni, że tak nam dobrze poszło. Upał był niemiłosierny, ale nadal chłonęliśmy nowe doznania. Byliśmy też przyjemnie zdziwieni, bo cała trasa wiedzie właściwie przez dobrze zorganizowane wioski, w których można kupić wszystko co jest potrzebne w trasie turyście. Nie tylko można zaopatrzyć się w dodatkowe skarpetki, koszulki, plecaki, kijki trekkingowi, bidony, śpiwory etc., ale także nieźle zjeść czego doświadczyliśmy. Nie chciałbym przesadzić, ale co mniej więcej 5 minut można napotkać restaurację, przydrożny barek, albo też guest house.

Wszystko dla turystów. Nie wspomnę o widokach, bo Magda uwieczniła je na zdjęciach.
Widoki zapierały dech w piersiach! Nie tylko zachwyciła nas soczystość zieleni, takiej jeszcze w Nepalu nie widzieliśmy, ale także samo krajobraz.

Dziesiątki małych wodospadów, uskoki skalne, mieniące się srebrem kamienie, to wszystko zachęcało do wysiłku i równomiernego marszu. Dotarliśmy do Lamdawali na nasz lunch. I tu pierwsze miłe zaskoczenie. Ni e tylko, że menu było spore, i można było wybrać spokojnie coś lokalnego, to jeszcze wszystko przygotowane jest na miejscu. Czas oczekiwania to około 40 minut. O, to była prawdziwa ulga! Zaważyliśmy, że podobnie jak inni przewodnicy, Ashish wziął za nas pełną odpowiedzialność w czasie trasy. Nie tylko spokojnie prowadzi nas na szlaku, ale także we wszystkich miejscach gdzie jesteśmy organizuje coś do picia, albo też idzie do kuchni sprawdzić, czy wszystko jest dla nas ugotowane. Na lunch wybraliśmy zupę, chyba z pokrzywy, i momos, czyli domowej roboty pierożki. A ponieważ lubię potrawy wegetariańskie, momos były wegetariańskie. Pycha! No może ciasto samo nie było takie jak naszych mam, ale to co było w środku zasługuje na najwyższy szacunek!

2 godziny odpoczynku zleciały bardzo szybko. Przeszliśmy do ataku na kolejny odcinek trasy. Było ostro. Setki schodków kamiennych, pokonywanych w ukropie, pewnie było lekkim treningiem przed jutrzejszą trasą. Znów mijaliśmy małe wioski, które ze względu na krajobrazy wokoło wyglądały jak „mała Szwajcaria”. Małe zadbane domki, widać, że wokoło jest bieda, ale też widać, że mieszkańcy wsi dbają o porządek i przy ograniczonych środkach starają się, żeby wszystko było odmalowane i zadbane. Ok. 16:00 Dotarliśmy do naszego miejsca odpoczynku na noc. Mała wioska Hille, na wyskości 1460 mnpm. Hille, jak się dowiedzieliśmy oznacza błotniste miejsce, ale takiego tutaj nie widzieliśmy. Nasze lokum to Annapurna Guest House. To po prostu mały budynek 2 piętrowy przede wszystkim zbudowany z drewna, dykty, sklejki, gdzie pomieszczono 8 pokoi dla turystów i jedną wspólną salę na przewodników. Pokoje są niewielkie może 4 metry kwadratowe, z drewnianym oknem, naszym przypadku na góry. Łazienka jest wspólna, ale widać, że w takie miejsce przyjeżdżają turyści, którzy tak jak my wiedzą, czego oczekiwać. Znów kolacja przygotowana na miejscu, i dodatkowo lekkie zaskoczenie, na deser naleśniki z czekoladą! Palce lizać. Ashish i nasz porter, nie zdecydowali się z nami zjeść – bo stwierdzili, że muszą dotrzymać tradycji i zjeść dal bhat, czyli zupę z soczewicy i ryżu. Okazuje się, że Nepalczycy jedzą tylko dwa razy dziennie i najczęściej właśnie dal bhat.
Na miejscu poznaliśmy rodzinę z Erfurtu. 3 dzieci z mamą po 10 dniowym treku. Lekko przygotowali mnie na to co mnie jutro czeka, ale chyba nie powiedzieli wszystkiego. Czekam na to z utęsknieniem. Przed nami 3345 schodów w 2 godziny.


Pytanie 7
Kto i kiedy pierwszy raz zdobył szczyt Annapurna 1?

Odpowiedzi prosimy przesyłać na adres korzewscy@gmail.com wraz z dokładnym adresem do korespondencji. Wśród osób, które poprawne odpowiedzą na to pytanie będziemy losować zwycięzcę, który otrzyma od nas kartkę niespodziankę, z miejsca w którym akurat będziemy. Zachęcamy do zabawy!