wtorek, 13 kwietnia 2010

Po powrocie.


Top 10 podróży do Nepalu 2010.

1. Widok Annapurny Południowej, Annapurny 1 i Fish Tail w czasie trzeciego dnia trekkingu w okolicach Deuralli 3210 mnpm. Po 2 dniach dużego wysiłku, lekkich objawach choroby wysokościowej, po przejściu w tempie żółwia kilku tysięcy stopni, warto było to zobaczyć w pełnym słońcu. Wokół cisza, spokój, błogość.
2. Przelot wokół Mount Everest i widok innych siedmio- i ośmiotysięczników z tak bliska. Podobno niektórzy płaczą. My na pewno byliśmy wzruszeni. Nie ważne, że samolot było opóźniony 3 godziny i wątpiliśmy, że coś jeszcze zobaczymy. Mount Everest i Lothse wyglądają groźnie, ale pięknie.
3. Trekking. Wysiłek, przełamywanie własnej słabości, ludzie na trasie, widoki, kwatery, lokalni górale, jedzenie, przewodnik – to wszystko tworzy niepowtarzalną atmosferę, dla której warto było przyjechać. Musimy to powtórzyć!
4. Rafting w drodze do Chitwan. Nie myślałem, że sprawi nam to tyle przyjemności, że będzie taka zabawa. Towarzystwo dwóch Singapurek, Milan jako nasz sternik, woda, zmoczenie, śmiechy, naszą rodość, zapamiętamy na długo.
5. Momos. Momos z warzywami i ziemniakami w drodze do Gorepanni. Sztuka kulinarna na najwyższym poziomie. A ziemniaki zasmażane z jajkiem kolejnego dnia na innej trasie, były chyba najwspanialszym daniem jarskim, jakie jedliśmy.
6. Ludzie. Do nich mieliśmy szczęście. Ktoś na trasie powiedział, że do Nepalu przyjeżdżają ludzie z pomysłem na to jak spędzić czas, a może nawet życie. I coś w tym jest. Pamiętamy dziesiątki turystów, z którymi, czasami widzieliśmy się przez 10 minut. Z wieloma spotykaliśmy się nie tylko na kolejnym odcinku trekkingu, ale także w Kathmandu, czy nawet w Patanie (Amanda i Prudence z Melbourne).
7. Bhaktapur i Patan były kompletnym dla nas zaskoczeniem. Można oczywiście wszystko przeczytać w przewodnikach, ale zobaczyć na własne oczy to zupełnie coś innego. Kompletna odmiana dla zatłoczonego, brudnego, zanieczyszczonego, okropnego Kathmandu. Pewnie osoby, które przylatują do Nepalu na trekking, mają mało czasu, ale jeśli ktoś nie odwiedzi tych dwóch miejsc w czasie pierwszego pobytu, to musi to zrobić przy kolejnym.
8. Atmosfera w Pokharze. Ludzie przed trekkingiem doznają lekkiego podniecenia, może nawet strachu, czy wytrzymają trekking. Każdy wytrzymuje, no chyba, że akurat zachoruje. Po trekkingu zupełnie inne odczucia. Dobrze jest mieć już niewyprane koszulki, lekki zarost, mocno zabrudzone buty. Spalone uszy, czy nos dają poczucie przynależności do grupy trekkingowców. I co z tego, że zamiast Annapurna Base Camp (ABC) czy Annapurna Circut, zrobiliśmy „tylko” Gorepanni. ABC może następnym razem, też z Ashishem?
9. Ekologia. Dopiero na miejscu widać, jak ludzie zmagają się ze zmianą klimatu. W wielu miejscach prąd jest maksymalnie przez 6 godzin w ciągu doby, najczęściej w tylko w nocy. Woda nie jest tak łatwo dostępna, często reglamentowana. Tu nie ma co mówić o tym, żeby przykręcać kran z wodą. Często prosiliśmy, żeby dla nas nie włączano światła, bo wiedzieliśmy, że nie będą go mieli dla siebie. Latarka, świeczka wystarczały.
10. Safari na słoniu. Nosorożce w odległości kilku metrów wyglądają dostojnie. Mimo kilkugodzinnych trudów podróży w niewygodnej uprzęży, warto się pomęczyć.

Jak lecieliśmy do Kathmandu z New Delhi, ktoś powiedział nam, że albo pokochamy Nepal i wrócimy tutaj, albo też znienawidzimy. My tutaj wrócimy, bo są tutaj takie atrakcje, takie widoki, takie góry, jakich nie ma żaden inny kraj.

Blog ten pisaliśmy w czasie podróży do Nepalu, nie tylko jako nasz dziennik, ale także aby zachęcić inne osoby do podróżowania. Świat jest dla nas otwarty! Z chęcią podzielimy się dodatkowymi informacjami i radami.

New Delhi spotkanie z Rajivem.

Jak robiłem rezerwację, na samolot do Kathmandu przez New Delhi, to od razu wiedzieliśmy, że będziemy musieli tutaj nocować w drodze powrotnej. Alternatywą byłby nocleg w strefie tranzytowej na lotnisku Indira Gandhi. Człowiek nie jest już młody i lubi sobie jakoś ułatwić podróżowanie.
Jak tylko dostaliśmy wizę w piątek, to napisałem e-maila, do Kumar Taxi Service, z którego usług korzystaliśmy w 2007 podczas naszej podróży po Rajastanie. Nawet nie zastanawiałem się jak zorganizujemy sobie te kilkanaście godzin w New Delhi, bo stwierdziłem, że i tak nie dam rady znaleźć jakichś tanich hoteli sam. Po za tym zawsze jest ryzyko, można źle trafić. Pan Kumar odezwał się w ciągu kilku godzin i zaproponował dobry „deal”. Jeep klimatyzowany, transfery, hotel * i samochód do naszej dyspozycji z kierowcą tak długo jak będziemy potrzebować. Lekkie negocjacje na e-mail-u i doszliśmy do porozumienia.
Dzisiaj błogosławię ten dzień w październiku 2007, jak zupełnie przypadkiem weszliśmy do Kumar’a korzystając z polecenia Lonely Planet. Dzisiaj i wczoraj było ponad 42C w New Delhi. Kto tego nie przeżył, niech sobie wyobrazi jak czułby się będąc w dzień i w nocy, bo wtedy temperatura tylko nieznacznie spada, w okolicach cały czas działającej suszarki do rąk (toaletowej). Nie wyobrażam sobie tego dnia gdybyśmy wcześniej nie mieli uzgodnionych szczegółów. Przechodząc 20 metrów człowiek czuje się, jakby wszedł do piekarnika.
Umawiając się z Kumarem wspomniałem, że byłoby miło, żeby spotkać się z „naszym” Rajivem, który woził nas przez ponad 2 tygodnie kilka lat temu. Kumar nie odpowiadał, ale wysłał poczciwego Raju, który jak tylko usłyszał, że znamy Rajiva, od razu się ucieszył, że jesteśmy „swoi”. Lekkie zakupy w kilku miejscach były udane. Dla Magdy:)
Wieczorem chcieliśmy jeszcze zjeść nasze ulubione indyjskie dania, ale całe Connaugh Place, czyli taki główny „turystyczny” plac jest w przebudowie. Restauracja, na która liczyliśmy niestety była także w remoncie, tak więc wylądowaliśmy w centrum New Delhi w chińskiej restauracji. Lekko żałosne, ale wolałem się do tego przyznać. Później tylko wpadliśmy do sklepu ze słodyczami. Tego nawet Magda nie mogła sobie odmówić, bo ostatnim razem najedliśmy się wspaniałych ciastek z orzechami, i trudno było sobie nie sprawić takiej przyjemności.
W pokoju mimo klimatyzacji było pewnie 30C. W takiej temperaturze trudno jest spać, tym bardziej że co 10 minut musiałem włączać, albo wyłączać klimatyzację. Na rano zamówiliśmy śniadanie, ale jakoś nie mogliśmy się doczekać. Miało być o 6:15 punktualnie. Zszedłem do recepcji. Okazało się, że mamy zegarki ustawione na czas w Nepalu, czyli o 15 minut później. To już wiedzieliśmy, że mamy zapas czasu. A tutaj taka miła niespodzianka. Nasz dzisiejszy kierowca Raju, zadzwonił do naszego „starego” znajomego, czyli Rajiva, który jak usłyszał, że jeszcze jesteśmy w New Delhi przyjechał się przywitać. To był bardzo miły gest. Bardzo. Wiemy też, dlaczego Kumar nie odpowiadał na nasze pytania dot. Rajiv’a. Po prostu już nie pracują razem.
Te kilkanaście godzin w New Delhi dało nam poczucie, że wracamy do cywilizacji. Po ponad 2 tygodniach jeżdżenia po, eufemistycznie mówiąc, niezbyt dobrych drogach, byliśmy zaskoczeni tym co zobaczyliśmy w stolicy Indii. Znacznie więcej dobrych dróg, czyściej, ładniej, schludniej. New Delhi to jest Nowa Delhi, szczególnie, że wszyscy szykują się na Olimpiadę Wspólnoty Brytyjskiej w październiku 2010.

Mount Everest.

Postanowiłem napisać krótko o naszym ostatnim dniu w Kathmandu. Tego dnia polecieliśmy zobaczyć jak wygląda Everest. Każdy kto z nami leciał, podobnie jak my wzruszył się patrząc jaki skarb ma Nepal.





video
Po południu Patan. Inny, bardziej zatłoczony skarb.








Oczarowani Bhaktapur.



Byliśmy zmarnowani poprzednim dniem. Znów było niemiłosiernie gorąco, załatwianie wizy tranzytowej do Indii nieco się przedłużyło. Chociaż przy odbiorze było bardzo wesoło. Okazało się, że spotkałem Lekarza Motocyklistę, z Pokhara. Lekarz po „ratowaniu” mnie wsiadł ze swoją narzeczoną z Niemiec do autobus i przyjechał do ambasady. Wyglądał identycznie jak dzień wcześniej. Ciekawe, to kolejny przypadek zakochania się turystek z Europy, który widzieliśmy. I nie przeszkadza im niski wzrost. Jak tylko dojechaliśmy do hotelu, który był gdzieś na uboczu Kathmandu, stwierdziliśmy, że nigdzie się nie ruszamy. Nawet nie mieliśmy siły iść na kolacje. I może dobrze, dzięki temu nieco się zregenerowaliśmy. Zapowiadał się naprawdę dobry dzień, mimo tego, że zrobiliśmy mały błąd i ulegliśmy propozycji Raja, żeby jechać do Bhaktapur nie z samego rana a około 10:30. Zaczęło już być gorąco. Pewnie 35C w cieniu, co w Dolinie Kathmandu nie jest zbyt miłe. Co innego gdyby były to okolice jakiegoś morza, gdzie bryza miło by nas koiła. Ktoś powiedział, że gdyby w Nepalu nie było niczego innego oprócz Bhaktapur, to i tak warto byłoby przyjeżdżać tutaj i oglądać to miasto. My doznaliśmy tutaj olśnienia. Nie tylko, że jest tutaj pięknie, bo wokół fenomenalnie zachowane zabytki (mimo trzęsienia ziemi 1934 roku), ale też czysto. Duża część funduszy z biletów wstępu do miasta przeznaczona jest na utrzymanie porządku.

Tutaj czuje się historię. Do tego momentu na Nepal patrzyliśmy głównie przez pryzmat cudownych gór, trekkingu, ludzi, których poznawaliśmy na trasie, a także turystów. Teraz zauważyliśmy, że Nepal ma do zaoferowania jeszcze dodatkowo zabytki.

Bhaktapur leży około 12km na wschód od Kathmandu. Podróż trwa prawie godzinę i musze przyznać, że może lekko zniechęcić. Tłum, straszne drogi, korki, hałas. Ale tylko jak dojechaliśmy do bram miasta, wszystko zaczęło wyglądać inaczej. Spokój i cisza, miła atmosfera znana z typowych średniowiecznych miast. Bhaktapur zostało założone w XII wieku przez Króla Amand Dev Malla. Przywiało nas festiwalem muzyki i tańca. Już we środę 14 kwietnia Nowy Rok, więc wszyscy szykują się do celebracji. Miasto jest dość mocno fortyfikowane , a wokół niego 8 bogiń strzegących mieszkańców. Na każdym kroku widać koegzystencję buddystów i hinduistów. Nie tylko, że place są wypełnione świątyniami obu wyznań, ale także, że po mieście przechadzające się kilku- lub kilkunastoosobowe grupy charakterystycznie ubranych mnichów.

3 główne place miasta, Durbar, Thumadhi i Garncarski połączone są systemem wąskich uliczek. Ram, nasz przewodnik, nieźle nas po nich przegonił, ale dzięki temu widzieliśmy także prawdziwe życie miasta. Zostaliśmy tutaj oczarowani każdym z tych placów w inny sposób. Durbarem, bo nad nim króluje cudownie pięknie nierealna kolumna króla Bhupatindra Malla. Thumadhi to żywiołowość.

Plac Garncarzy, mimo tego, że istnieje głównie dla turystów miał w sobie dużo autentyczności . Jak tylko weszliśmy na Durbar, stwierdziliśmy, że „zabawimy” tutaj nieco dłużej. Południowe słońce było odurzające. Nie dało się ani robić zdjęć, ani nawet docenić tego co mieliśmy szansę podziwiać. Mnóstwo wspaniale zachowanych świątyń, pałać królewski (chociaż teraz unika się tego określenia ze względu na oficjalny brak dynastii?), Złota Brama, Wielki Dzwon, Szczekający Dzwon, Świątynia Terakotowa zupełnie nas powaliły. Wszędzie widać drewniane rzeźby, do których mam ogromny sentyment. Dziełem, chyba najbardziej znanym w Bhaktapur, jest wyrzeźbiony paw nad jednym z okien w wąskiej uliczce miedzy 2 placami. Szkoda tylko, że między sklepami z pamiątkami, bo nie dało się podziwiać go dłużej. Jeszcze jak byliśmy na trekkingu, byliśmy świadkami rozmowy 2 Brytyjczyków, na temat tego, czy warto przyjechać do Bhaktapur. Jeden z nich stwierdził, że nie bo plac Taumadhi jest okropny. I tutaj muszę się kompletnie nie zgodzić! W czasie kiedy myśmy akurat na niego doszli trwały inne przygotowania do Nowego Roku. Na środku placu stały 2 ogromne wozy, jeden wielkości pewnie Konia Trojańskiego. Drugi był mniejszy. Widać było, że wokół niego zaczynają się zbierać chłopcy. Wyglądali na 10-12 lat i dość żywiołowo reagowali na to co się wokół wozu zaczynało dziać. A działo się, działo! Najpierw na plac wbiegła grupka tocząca drewniane koło o średnicy do 2 metrów. Później z wozu wyjęto Boginię. Tłum chłopców biegł za dorosłym, który wystawił ją jednym z rogów placu. Zaczęło się mycie całego posągu. W tym czasie, chłopcy z 2 dzielnic miasta zabrali się za przestawianie całego wozu. To był ciekawy ceremoniał.
video
Nie tylko, że najpierw grupa (przypominam chłopcy 10-12 lat) próbowała sama przestawić wóz, to później jeszcze większa grupa, przy pomocy liny (pewnie miała nawet 50 metrów) przeciągnęła wóz w inne miejsce na placu. Obchody Nowego Roku zostały zainicjowane! Nawet w gazecie następnego dnia były zdjęcia z tego wydarzenia. Żałujemy, że nie widzieliśmy jak dorośli dawali sobie radę z dużym wozem. Z drugiej strony, powiedziano nam, że często w czasie tej ceremonii dochodzi do zamieszek i bójek, więc może dobrze, że tego nie widzieliśmy. Ten plac, Taumadhi, zdominowany jest przez najwyższą w Nepalu świątynię bogini Siddhi Laximi i boga Bhairabnath. Imponujące. Co ciekawe, mimo, że wydaje się, że turystów jest mnóstwo, giną oni w tłumie siedzących, obserwujących, handlujących i bawiących się Nepalczyków. Plan Garncarzy nieco mnie rozczarował.

Był mocno etniczny. Widać było, że to co jest na nim produkowane w części przeznaczone jest na potrzeby mieszkańców, tak jak na przykład małe formy z gliny do przygotowania jogurtów. Niestety jest on zdominowany przez produkcję dzbanów, które z powodzeniem mogą zastąpić „skarbonki świnki”. Głowie dla turystów. To spowodowało, że niczego nie kupiłem. Szkoda, bo lubię skorupy. Ponad 3 godzinny spacer z przewodnikiem możemy zaliczyć do udanych.

Ram pokazał nam kilka ciekawych miejsc, które nie były zaznaczone na mapie turystycznej. A po za tym, po raz kolejny dowiedzieliśmy się, że każdy Nepalczyk czeka, albo na żonę z zagranicy, albo na zaaranżowaną żonę przez kogoś z rodziny. Trochę zmartwiliśmy się naszym kolegą, bo priorytetem dla niego są teraz studia biznesu na uniwersytecie w Kathmandu. Skupiłby się kolega na turystyce i dorobiłby się większych pieniędzy, na które liczy. Żona sama by się znalazła, może nawet zagraniczna żona.

W drodze powrotnej pojechaliśmy zobaczyć Boudhanath Stupa, zbudowana w XIV wieku. Wygląda niesamowicie dostojnie, a oczy Buddy skupiaja na sobie główną uwagę. Jak Chińczycy zaanektowali Tybet 1959 roku, Kathmandu stało sie ogromnym ośrodkiem skupiającym uchodźców. Setki mnichów godnie krocących wokół Stupy, muzyka Tybetu, młynki modlitewne wprawiane w ruch tworzą atmosfere typową dla klasztorów tybetańskich. Jest jedna różnica. Tutaj były tysiące ludzi szybko przemieszczających się, głosno dyskutujących, jedzących i handlujących. Trochę zabrakło skupienia.





__________________________________________________________
Wracamy do hotelu. Włączam CNN i nie możemy uwierzyć w to co się stało w Rosji. 97 osób, w tym Prezydent Polski z Małżonką, giną w katastrofie pod Smoleńskiem. Przez kolejne 4 godziny siedzimy wbici w fotele oglądając relacje z Polski i Rosji. Na wszystkich kanałach informacyjnych w telewizji nepalskiej i indyjskiej pojawia się informacja o tragedii. Przez kolejne dni naszego pobytu zarówno w Nepalu, jak i w Indiach, wiele osób, gdy dowiaduje się, że jesteśmy z Polski, przekazuje nam słowa wsparcia i solidarności. To jest bardzo wzruszające, gdy wypowiadają je zwykli ludzie na ulicy, czy w sklepie. Następnego dnia CNN pokazuje ceremonię z lotniska i przejazd trumny z ciałem Prezydenta przez Warszawę. Lokalna prasa informuje o tym jaka tragedia dotknęła nas wszystkich.

sobota, 10 kwietnia 2010

Thamel, czyli hasz dla każdego.


Tego dnia przylecieliśmy spóźnionym o ponad 2 godziny samolotem Yeti Airlines z Pokhara do Kathmandu. Specjalnie, kilka dni wcześniej zmieniliśmy lot na poranny, żeby bez problemu załatwić wizę tranzytową do Indii. Skończyło się na tym, że na 7 minut przed zamknięciem Indian Visa Service Centre zajmującym się wydawaniem wiz, dostaliśmy się do środka. Nie opłacało nam się jechać do hotelu, dlatego też zostaliśmy w Kathmandu, głownie w dzielnicy (ciągu ulic) Thamel.
Jak najprościej opisać. Wystarczy kilka słów i zdjęcia poniżej.

T – turyści są tutaj w ilości niespotykanej w innym miejscu w Nepalu. To mekka dla każdego kto przyjeżdża do Kathmandu. Lekko może rozczarowuje, ale nie zniechęca. Jest tu tłoczno, gwarnie. Nam nie do końca się podoba, ale chyba nie mamy wyjścia. Musimy tutaj wpadać.

H – hasz oferowany każdemu, co mniej więcej 5 minut. Mnie pewnie kilkadziesiąt razy. Nie wiem jaka może być kara za używanie, ale w Azji, często jest to kara śmierci. Handel wszystkim i za każdą cenę.
A – atmosfera niecierpliwości. Ci co są przed trekkingiem biegają między sklepami kupując sobie brakujący sprzęt turystyczny w niebywale korzystnych cenach. Ci natomiast, którzy są już po, czekają na kolejne atrakcje. Kilometr od ambasady Indii, dla niektórych raju.
M – mnóstwo miejsc gdzie można spędzić czas. Sklepy różnego autoramentu, nie tylko pamiątki, antyki, ale także kawiarnie, restauracje, hotele, pensjonaty, biura podróży, kawiarenki internetowe, księgarnie, piekarnie i pralnie. Mrowie przeciskających się między sobą ludzi. Masaże na każdym kroku.

E – euforia zakupów. Niektórzy nie są się w stanie powstrzymać. Gdyby tylko wiedzieli, że 200 metrów dalej można wszystko kupić za 1/5 ceny, to by się lekko zdziwili. Europejskie są ceny „antyków” wyprodukowanych w Tybecie kilka miesięcy wcześniej.


L – lekcja grzeczności (Namaste) i asertywności (No, thank you) w odpowiadaniu na wszelkiego rodzaju propozycje. Nie dziękuję za: hasz, ofertę, cenę, nóż Gurków, taksi, rikszę, przewodnika.
Mimo tego, na Thamelu trzeba się „pokazać”. Kathmandu jest mało przyjazne, może nawet najbrudniejszą i najbrzydszą stolicą Azji, tak więc daje Thamel, daje złudzenie, że jest tutaj trochę lepiej niż w rzeczywistości.



Pytanie 15
Jak długo jest ważna wiza tranzytowa do Indii?

Odpowiedzi prosimy przesyłać na adres korzewscy@gmail.com wraz z dokładnym adresem do korespondencji. Wśród osób, które poprawne odpowiedzą na to pytanie będziemy losować zwycięzcę, który otrzyma od nas kartkę niespodziankę, z miejsca w którym akurat będziemy. Zachęcamy do zabawy!

Nepalska służba zdrowia, czyli jestem zdrowy jak ryba!


Nepalska służba zdrowia działa bardzo dobrze i dzięki temu wszystko jest ze mną w porządku! Tak powinienem zacząć ten krótki tekst, który piszę tylko dlatego, żeby zachować chronologię wydarzeń w czasie naszej podróży.
Pewnie koło południa źle się poczułem. Nie, żadne zatrucie żołądkowe, typowe dla turystów, ale pojawiła się wysoka gorączka i lekki ból pleców. Nieco przeczulony na punkcie zeszłoroczny kłopotów postanowiliśmy zobaczyć, jak działa moje ubezpieczenie i jak działają tutejsze szpitale. Jeśli chodzi o ubezpieczenie to dziękuję za sms z firmy Warta SA, która po 4 godzinach od zgłoszenia potrzeby spotkania się z lokalnym lekarza, zasugerowała szpital. Gdybyśmy czekali tak długo, to dzień chyba nie byłby do końca udany. A tak wszystko skończyło się na strachu i bez szczególnych problemów.
Na szczęście na miejscu mamy opiekuna w postaci biura podróży z Kathmandu, które ma swoje przedstawicielstwo w Pokhara. Nie tylko, że odebrali nas z trekkingu, ale także „pilotują” w czasie naszej podróży. Dzięki temu czujemy się bezpieczni. I to się po raz kolejny potwierdziło. Sandruk, który pracuje w Pokharze, na telefon od Magdy zareagował natychmiast. W ciągu 15 minut przyjechał do hotelu i zabrał nas do prywatnego szpitala. Izba przyjęć nie wyglądała jakoś wyjątkowo. Bardziej jak szpital miejski w mieście powiatowym w Polsce, niż w filmowym „Ostrym Dyżurze”. Położyłem się na jednym z czterech wolnych łóżek. Czułem się nieco surrealistycznie, ponieważ podszedł do mnie lekarz, który był niewiele wyższy niż łóżko na którym leżałem. Co mnie uderzyło, to ilość personelu pomocniczego, który nie wyglądał jak personel medyczny. Pochyliło się nade mną pewnie 9 osób, które intensywnie przyglądały się postępowaniu Niskiego Lekarza. Zanim lekarz postanowił mnie dotknąć, przedstawił się, podał rękę, po czym zapytał czy mnie może dotknąć. Cholera, pomyślałem, no właśnie po to tutaj jestem. Objaśnił procedury, i jak skończył stwierdził, że teraz mnie dotknie. No i dotknął. Oboje stwierdziliśmy, że mnie coś boli, ale nie za bardzo. Stwierdziliśmy także, że oboje cierpimy na tą samą przypadłość. Zadziałała męska solidarność. Nawet sobie pożartowaliśmy. W tym czasie następowały działania, których nie do końca byłem świadomy. Sandruk „latał jak z pieprzem”, w celu załatwienia różnych procedur. A to musiał wypełnić kartę przyjęcia obcokrajowca do szpitala, a t o musiał najpierw zapłacić, za to, że mnie przyjęta na izbę przyjęć, a to za to, że lekarz do mnie podszedł. Pewnie także zapłacił za to, że lekarz zapytał mnie czy może mnie dotknąć. Dla mnie to były tylko minuty, ale okazuje się, że tutaj najpierw trzeba za jakąś czynność zapłacić, a później jest ona wykonana. Podobnie było z badaniami. Najpierw Magda i Sandruk musieli pójść do apteki, żeby kupić jednorazowe rękawiczki (rozmiar L), strzykawki, i kroplówkę. Zastanawia mnie tylko, dlaczego kazano im kupić tylko jedną parę rękawiczek skoro zajmował się mną przynajmniej 5 pielęgniarzy.
W, tak zwanym, międzyczasie Niski Lekarz zmienił się na innego. W pewnym momencie, na izbę przyjęć wpadł motorowerzysta w kasku, który go porzucił na kontuar i właściwie rzucił się na pacjentów. Nieco byłem zmylony i delikatnie zapytałem się jego kim jest, bo obniżone w kroku spodnie i zbyt duża marynarka, bardziej wskazywały na to że wypadł z jakiej dyskoteki, niż że jest lekarzem. Okazało się, że jest Lekarzem Motocyklistą, bo personel medyczny biegał za nim. I to szybko. A propos personelu medycznego, to okazało się, że inaczej byli traktowani obcokrajowcy (pojawiły się inne nacje), a inaczej Nepalczycy. W przypadku Nepalczyków personel nie kazał kupować rękawiczek jednorazowych, czy też wacików. Męski personel medyczny wyglądał bardziej jak stróże na budowie, natomiast żeński za każdym razem był zdziwiony, że ludzie przychodzą do szpitala. Podłączono mnie do kroplówki. Plasterki do „motylka” ściągnięto z drewnianej deski. Łatwiej jest tak, niż męczyć się z nożyczkami, gdy plaster jest nawinięty. Od razu się lepiej poczułem. Właściwie mógłbym już uciekać. Ale, ale to nie koniec.
Lekarz Motocyklista zamarł. Na izbę przyjęć wszedł Lekarz w Kitlu. Pierwszy jakiego widziałem i jeden z niewielu, ubranych na biało w szpitalu. Pan ok. 50, uśmiechnięty, klasyczne rysy. Zbadał mnie dokładniej niż jego młodsi koledzy. Jak dowiedział się, że jestem z Polski, to zaczął do mnie mówić płynnie po rosyjsku. Świat jest mały! Okazało się, że Lekarz w Kitlu studiował medycynę w Lwowie, więc mogliśmy sobie porozmawiać. Nieco o historii, o polityce, o Polskim Lwowie. Przejął się mną bardzo. Nie skończyło się tylko na badaniu. Kontynuowaliśmy rozmowę o naszej podróży po Nepalu. Zrobiło się wesoło. Pan Lekarz w Kitlu zarządził jednak USG, i powiedział, że mnie nie wypuści, jak sobie jednej rzeczy nie sprawdzi. No i sprawdził.
Tymczasem na izbę przyjęć wparowały 3 Japonki, które przyjechały dzień wcześniej z Sri Lanki. Było dość późno jak wylądowały w Pokharze, wiec stwierdziły, że uraczą się lokalną specjalnością, czyli lassi. Ja uwielbiam lassi, ale może nie pierwszego dnia w nowym kraju, jak fora bakteryjna nie jest jeszcze ustabilizowana. Dwie z nich potrzebowały pomocy. Trzeciej nic nie było. No, ale może dlatego, że od roku pracuje w Kathmandu jako wolontariuszkach w organizacji na rzecz równego startu życiowego kobiet, i jest już uodporniona. Jedna z obolałych Japonek, po 15 minutach kroplówki poczuła się na tyle dobrze, że zaczęliśmy żartować. Zjadła nawet naszą paczkę herbatników, ku naszej uciesze. Wszyscy popłakaliśmy się ze śmiechu, gdy otrzymały fiolki pewnie 5mil na pobranie materiału do badania. W grupie 6 osób, próbowaliśmy ustalić jak to ma zostać wykonane. Po 2 godzinach dziewczyny dały rade. Tylko dzięki specjalistycznym radom wszystkich obecnych na izbie przyjęć obcokrajowcom.
Jeszcze 2 razy zostałem odwiedzony przez Lekarza w Kitlu, czekając na Lekarza Radiologa. Ten lekarz, natomiast, spóźniał się do szpitala ponad 1,5 godziny, ale nikt nie odważył się do niego zadzwonić. Jak nam powiedziano, jest to najważniejszy lekarz w szpitalu, i nie wolną „go” denerwować. Na szczęście Pacjent zagraniczny ma przywileje. Dzięki temu do Lekarza Radiologa udałem się jako 3. Ale nie, żebym stał przed drzwiami. Zaproszono mnie do pokoju gdzie lekarz badał najpierw kobietę, a później mężczyznę. W pomieszczeniu było 11 osób oglądających badanie. Stwierdziłem, że nie ma się czemu dziwić. Jak już mnie badano, to zachowano prywatność. Lekarz stwierdził, że jest wszystko jest ze mną OK. To była dobra wiadomość.
Jeszcze tylko, wykupienie lekarstwa. Spotkanie z Lekarzem w Kitlu. Wymiana pozdrowień i życzeń. Za kilka dni w Nepalu będzie Nowy Rok 2067. Vsevo horoshewo z prazdbikom novovo goda, zagadałem.
Po 6 godzinach wróciliśmy ze szpitala. Zamiast Pagody Pokoju zbudowanej przez Japończyków, zobaczyliśmy jak działa służba zdrowia w Nepalu. Prywatna, nieźle. Już wieczorem wszystko wróciło do normy! Jutro lecimy do Kathmandu na ostatnie 3 dni.

Pytanie 14
Kiedy dokładnie Nepalczycy będą obchodzić Nowy Rok 2067?

Odpowiedzi prosimy przesyłać na adres korzewscy@gmail.com wraz z dokładnym adresem do korespondencji. Wśród osób, które poprawne odpowiedzą na to pytanie będziemy losować zwycięzcę, który otrzyma od nas kartkę niespodziankę, z miejsca w którym akurat będziemy. Zachęcamy do zabawy!

U nas już Święta Bożego Narodzenia.


Nie zawsze na urlopie musi być wszystko zorganizowane, przemyślane, zaplanowane, czy też w końcu zrealizowane. Miałem lekki kryzys i odmówiłem godzinnego wspinania się na jedną z gór z Pokhara, żeby oglądać Peace Pagoda. Nawet propozycja jechania tam taksówką nie przekonała mnie to tego. Urlop to czas nabierania sił, a tych już mi zaczęło brakować. Chyba mieliśmy już lekko dość trekkingu i podziwiania natury. Zachciało nam się cywilizacji. Może nawet w wydaniu europejskim. Ale jak ją tutaj znaleźć skoro jesteśmy w środku Azji, w jednym z najbiedniejszych krajów świata. Wsiedliśmy więc w autobus z naszego hotelu i dojechaliśmy do centrum. To nam wystarczyło, żeby zacząć odkrywać inne życie w mieście.

Wróciliśmy do naszego dobrego zwyczaju popierania lokalnego biznesu! To zawsze wychodzi nam najlepiej. W Lonely Planet znaleźliśmy informację o małej kafejce, prowadzonej przez rodzinę Nepalczyków, a specjalizującej się w domowej roboty ciastach. Każdy kto mnie zna wie, że nie tylko mam ogromną słabość do ciast, ale także wielki szacunek do wszystkich, którzy potrafią uraczyć (nie tylko mnie) innych dobrym wypiekiem. A jeśli jest to w dodatku poparte produktami organicznymi, staje się nawet en vougue. Trafiliśmy w dziesiątkę! Właściciel miejsca o nazwie, chyba, ” am pm organic bakery”, z 2 stolikami, jedną ladą, 10 rodzajami ciast, jednym ekspresem do kawy przywitał nas tradycyjnym Namaste. Kiedyś powinienem napisać więcej na temat słowa Namaste, bo nie jest to zwykłe powitanie. Tym razem było to zaproszenie do przeżycia niezwykłej kulinarnej przygody. Nie była to przygoda w stylu restauracji z 3 gwiazdkami Michelin, w centrum Paryża, ale uwierzcie mi, że ciasto bananowe i sernik mogłoby być z powodzeniem zapełnić listę deserów w najlepszych restauracjach na świecie. Jak to bywa w Nepalu, usłyszeliśmy ciekawe historie. A to jak cała rodzina rozwinęła ponad 10 lat temu biznes, i jak cała rodzina, czyli właściciel, szwagierka, żona, szwagier, matka i ojciec pracują się z tego utrzymać. Co ciekawe, właściciel jest podobno jedynym barristą z Nepalu wykształconym w Londynie. Tak tylko przez chwilę zastanawiałem się, jak to było możliwe. Ale jak tak mówi, tak musi być.


Weszliśmy do jednego, drugiego, trzeciego, piątego, dwunastego małego sklepu. Właściwie wszystkie są do siebie podobne. Widać, że kilkanaście wsi w Nepalu, albo Kaszmirze, zaopatruje wszystkich w Pokharze. To typowe dla Azji, i trzeba się nieco na to uodpornić. Niektórzy sklepikarze mocno przesadzali z nachalnością, a tego nie lubimy. Inni natomiast za podobne „lokalne pamiątki”, może nawet część, „ Made In China” albo „Made In India” żądali kilka razy więcej niż to było warte.

Wpadliśmy do niepozornego miejsca, takiego trochę zapomnianego przez Boga, gdzie właściciel po tradycyjnym Namaste, trzymał się jeszcze bardziej za ladą. Może lekko onieśmielony tym, że weszli do niego Rosjanie, jak czasami o nas myślą autochtoni. Spodobało nam się, że nikt do niczego nas nie namawia. Już wcześniej przykuły moją uwagę dość oryginalne ozdoby choinkowe. Niekonwencjonalne, w kolorach dość nietypowych. Bingo, pomyślałem, czas zacząć przygotowania do Świąt Bożego Narodzenia 2010! Kupiłem sobie bombki! To co że papierowe, przynajmniej będzie ekologicznie. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się, że z podróży przywiozę sobie takie pamiątki. Bardziej, jak zwykle, liczyłem na coś z drewna, albo też ewentualnie za jakąś skorupę. Magda wynegocjowała jeszcze dobra cenę na swój szalik(-czek).
Dzień się trochę dłużył, ale jakoś nie chciało nam się wraca do hotelu. Tutaj jest trochę więcej życia i rozrywki, niż w oddalonym pewnie o 10 km, lekko surrealistycznym, jak na Nepal miejscu. Wpadliśmy na masaż (ręce murarza), stwierdziliśmy, że to nasze ostatnie 2 dni na miejscu, więc trzeba korzystać. „Nasz masaż” był naprzeciwko ulubionej przez nas restauracji Olive, ale tym razem stwierdziliśmy, że damy komuś innemu zarobić.

Trzeba popierać prywatną, lokalną inicjatywę. Olive, to inwestycja z Kathmandu, więc wylądowaliśmy kilkadziesiąt metrów dalej. Nie pamiętam nazwy miejsca, ale zapamiętamy je na długo. Bo gdzie indziej na świecie, człowiek sobie siedzi, pije lemoniadę, łączy się z Internetem i nagle zostaje zagadnięty przez „sąsiadkę”, która najpierw pyta o netbook’a, a potem pyta czy jesteśmy z Rosji. Nie, z Polski, odpowiadam. Na to sąsiadka, że jest wielką fanką Kieślowskiego, i uważa, cały Dekalog, za fantastyczny przykład tego, jak korzystając z prostych środków przekazu można tak wiele powiedzieć. Sąsiadka jest pisarką z Londynu mieszkającą w Hongkongu. Szkoda tylko, że nie zapamiętałem imienia i nazwiska, bo może akurat rozmawiałem z przyszłą Noblistką. Muszę trochę poszperać w Internecie, po sąsiadka stwierdziła, także że woli cyzelować 50 słów dziennie, niż pisać jakieś tam wierszówki, co się jej zdarza. Przeżyć za coś trzeba, stwierdziła. (Od razu pomyślałem sobie, że chyba ją rozumiem, ale nie jestem na tym etapie, i nie będę pewnie, żeby w ogóle zarabiać pisząc. Już się boje komentarzy dotyczących mojego grafomańskiego stylu.)

Pomyślałem sobie, że w Polsce zagadanie do kogoś w restauracji, czy kawiarni nie jest do końca akceptowane. Tutaj na każdym kroku, albo my zagadujemy, albo jesteśmy przez innych zagadywani, co czyni całą podróż niekończącym się spotkaniem z nieznajomymi, którzy po chwili stają się znajomymi. A jeśli w dodatku nadarzy się kolejna okazja na spotkanie, w innej kafejce, restauracji, w sklepie, staje się to przyczynkiem do już zupełnie nieskrępowanych rozmów. To daje znacznie ciekawsze spojrzenie na świat i ludzi.
Prawie 9 godzin włócząc się po Pokharze minęło szybko. Kolejna knajpka, kolejni już znani nam znajomi. Kolacja, pralnia. Niby nic nie robiliśmy, ale byliśmy wykończeni. Tego dnia było znów niemiłosiernie gorąco: 33C, stojące powietrze.

Pytanie 13
Jak nazywa się jezioro w Pokharze?

Odpowiedzi prosimy przesyłać na adres korzewscy@gmail.com wraz z dokładnym adresem do korespondencji. Wśród osób, które poprawne odpowiedzą na to pytanie będziemy losować zwycięzcę, który otrzyma od nas kartkę niespodziankę, z miejsca w którym akurat będziemy. Zachęcamy do zabawy!